Piszę, bo wypada. Co jakiś czas, bo mi się nie chce, bo nie mam weny, bo nie mam o czym pisać. Świat właściwie za bardzo się nie zmienił i moje jego postrzeganie także. Nie będę też dziękować za każdą imprezę, za każde spotkanie, za każde zlecenie. Wolę się cieszyć w mniejszym gronie niż Wy wszyscy. I kolejną notkę rozpocznę uroczym „sorry, że tak długo, wiem, że powinnam częściej”. Wcale mi nie jest przykro, ale niech będzie.
Widzisz, moja św. p. Babcia była damą. Zawsze siadała ze swoją dumą, dystyngowaniem na szczycie stołu. Opiekowała się domem, opiekowała się mną (zapewne więcej, niż jako babcia powinna), opiekowała się rodziną i stołem, przy którym siadaliśmy. Była piękna, mimo wieku, później mimo choroby. Nie zabił tego cały śmietnik świata, choć ten dosyć porządnie jej dowalił momentami. Wciąż tryskała pewnością siebie i zajebiście silnym charakterem. Ja miałam być następna.
Zasady były proste: nie przeklinasz, bo dziewczynce nie wypada. Opiekujesz się domem, gotujesz i sprzątasz, bo to Twój obowiązek. Gloryfikujesz rodzinę. Pamiętasz, że jesteś piękna i pokazujesz to innym. Zachowujesz się, jak wypada. Zawsze lojalnie, zawsze wedle etykiety.
Może i dużo z tego tusia odziedziczyła. Pewność siebie, umiejętność manipulowania ludźmi w około, w miarę silny charakter. Mimo tego wyrosła tusia na dużego, zaborczego pancura. I dobrze mi z tym. :)
Może to zodiak? Widzicie Słonka, którzy dzielicie ze mną ten rocznik – według starożytnych chińczyków, jak wybuchnie już rewolucja, to my idziemy na pierwszy ogień. Co gorsza, wolontarialnie. oO'
Pozdrowienia z zasypanych śniegiem gdańskich suburbii.
Wydali mi kolejna książkę. Tym razem czarno-białe ilustracje, niewielkie, po jednej na opowiadanie. Niby nic, ale jak dotychczas, to chyba moja najlepsza praca. Ma klasę, ani jedna ilustracja nie została „odwalona”, ani jedna nie została złożona tam, gdzie nie powinna. Okładka i szczegóły odnośnie dzieła na stronie wydawnictwa. Książka wabi się Kryminałki Detektywa Marca Lou.
Pobazgrałam po dwóch torbach, jedna z nich pojechała sobie do Manchesteru. Chcecie zdjęcia? Fajnie, mój komp twierdzi, że jednak nie chcecie, więc gomene. v.v
Bo widzą państwo, to był
wyjątkowo ładny domek dla lalek. Pełen tajemnic, dopracowany w
najmniejszych szczególikach. Może nie był ładny
konwencjonalnie, ale się podobał, interesował. Zapewnił nam
zabawę na kilka ładnych lat.
Najpierw pogubiły się
buciki, jakieś pierdółki z biżuterii. Aż w końcu
pozamykali książki i wynieśli domek na strych. Niektórzy
nigdy nie dorastają, oczywiście. Ci nadal bawią się w okolicach
tego domku. Tylko… to już raczej same lalki. Dalej to ciągną,
może już bez entuzjazmu, bez jakiejś naiwnej nadziei.
Jakoś całkiem niedawno zachmurzyło się niebo, na które tak liczyłam. W tych momentach przestrzeni, w których kiedyś były jej kroki, teraz tylko poranny chłód drażni swoim oddechem. Wiem na pewno, że było mi źle, kiedy odchodziła i będzie mi dziwnie jeśli postanowi odejść. Nie potrafię na poczekaniu powiedzieć, jak układała się skóra na jej twarzy, ale ciągle mam na palcach resztki jej gładkiego dotyku. I to, jak pachniało wokół niej powietrze: było cierpkie, kwaśnawe i bardzo zatroskane, higienicznie doskonałe, obite tytoniem.
Wróżka mojej Matki opowiada jej o mojej przyszłości. Przepraszam, jasnowidząca. Może i kobieta ma jakiś dar, ale nie rozumiem, dlaczego Ona woli dowiadywać się o mnie od obcych osób, kiedy ma mnie obok. Ale to tak, marginesem.
Wychodze na autobus pół godziny za wczesnie, czasem 45 minut. Powody są trzy: nie lubię się spieszyć, ciężko przewidzeć, co strzeli do głowy komunikacji miejskiej, ciężko przewidzieć, co strzeli do głowy tusiowi. Idę powoli, 3 minuty drogi przechodze w 6. Lubię ten czas, to chwila dla mnie samej. Mogę ze soba pogadać, pogadać ze światem, poobracac w głowie pomysły, scenariusze, obrazy. Prawie zawsze czekam na autobus. Nie biegnę jak ucieka, nie sprawdzam, kiedy przyjedzie.
Siadam prawie zawsze tyłem do publiczności. Z której strony zazwyczaj, to się nie podzielę, bo oczywiście nie wiem, ktra jest ktra. Wyciągam zeszyt (32 kartkowy, kraciasty) i długopis (mam teraz taki na lince, więc się nie gubi w torebce). Zajmuję nieprzyzwoicie dużo miejsca. Z przepakowanej torby wylatują mi rzeczy, a jak jest cieplej, to obwarowuję się zdjętymi ciuchami.
Patrzą na mnie, a ja na nich. Są kopalnią pomysłów. Liczą się szczegóły. Sekrety pochowane po ich zmarszczkach, wystające spod nogawek skrawki kolorowości, odbicia na ciemnej od zmierzchu szybie. Piszę, szkicuję, czytam, nei ważne. Mogę tez po prostu na nich patrzeć. Przepełnia mnie wena ich obecności. Chyba fajnie, że są.
Przesiadam sie na tramwaj. Znowu z 10 minut na przystanku dla siebie. Poukładam pomysły, część z nich zapomnę, albo z akrobatyczną zręcznością piszę w powietrzu na deszczu, chodniku, czymkolwiek.
Tramwaj, znowu ta sama historia. Tylko nowe pomysły. Jak nie mam weny – ustępuję. Czytać można i na stojąco. Raczej nie lubię siedzieć bezczynnie. To wole już stać.
Czasem jestem na uczelni za wcześnie. Siadam i piszę dalej. Nawet jeśli mam godzinę, potrafię się spóźnić. Nikomu to chyba nie przeszkadza. I tak mnei pamiętają, patrzą na mnie z zaciekawieniem albo dezaprobatą.
Potem siadam w domu, włączam płytę Chrisa Cornella. Pasuje do mojego nowego pomysłu. „Carry on” kojarzy mi się z facetami. O ile Emilie Simon to dla mnie wykładnia kobiecości w muzyce, on jest typowo męski. Niemniej pasuje, bo to będzie coś o dwóch kobietach.
A miało być o Across the Universe ;)
odwiedz
blogi
avi
utek
neftis
odyn
sumire
kruszek
darkchaser
pochi
strony
Krwawe Drwale
chaotic flame/skuldica
tuś na devie
Forum LSNN
chaltura
nana-nana
Pajacyk
Pogoria
to bylo...
2009
lipiec
maj
styczeń
2008
październik
sierpień
czerwiec
kwiecień
marzec
luty
2007
listopad
październik
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
layout by teya